Trening i jego struktura im bardziej jesteśmy zaawansowani, powinien stawać się bardziej specyficzny. Logika, która za tym stoi, jest banalna i nie wymaga badań i doktoratów. Praca na samym początku to są ogromne obszary do zagospodarowania, jak baza tlenowa, wzorce ruchu, siła "ogólna", gdzie wachlarz tego, co i jak robimy, jest tak pojemny, że można to uprościć do "colkowiek" będzie dobrze. A wymyślanie do tego ideologii, planów i terminologii służy tylko podporze marketingowej i uzasadnieniu biznesowemu dla trenerów, którzy sprzedają swoje usługi ludziom, którym trener w sumie na koniec dnia nie jest potrzebny – trucht w lesie na pofalowanym terenie wystarczy, żeby krecha poszła w górę i tyle... Ale można to jakoś ładnie nazwać, osadzić na mikrocyklu tygodnia i uzasadniać, dlaczego w poniedziałek jest lepiej niż w czwartek – co naprawdę ma niewielkie (na tyle niewielkie, że pomijalne) znaczenie.
Kłopoty zaczynają się później, gdy bodźce są już na tyle rozbudowane, że zwyczajnie są nie do udźwignięcia dla amatora – tutaj można się faktycznie wykazać nie tylko fantazją w różnorodności dla samych bodźców, co realnie osadzoną w szerokości geograficznej i jej ograniczeniach periodyzacją (okresowością) treningu. Nawet dla średnio ogarniętego amatora może to przynieść zaskakujące efekty, nawet tam, gdzie ta różnorodność (zwyczajna jak trawa) kryje się za "hybrydowym", "odwróconym" marketingowym hoszo-moszo.
Dlaczego dzisiaj o czymś takim piszę? Bo znów złapałem się w pułapkę przymusu optymalizacji i perfekcyjnego definiowania swoich cykli treningowych w okresie, w którym... jest to zupełnie niepotrzebne. Bo to właśnie ten szeroki wachlarz środków, który z czasem zniknie w imadle specyfiki, jest najfajniejszy w tych początkowych fazach. A swoboda, na jaką można sobie pozwolić w ramach mikrocykli, i takie intuicyjne dobieranie jednostek (bazując na odczuciach, zmęczeniu, regeneracji krótkookresowej) nie tylko jest przyjemne (a chyba o dobrą zabawę nam tutaj głównie chodzi, bo jeśli nie, to jesteś w złym miejscu), ale też potrzebne!
Większość niuansów periodyzacji treningów ma zastosowanie w sporcie profesjonalnym, wyczynowym, gdzie gap sezonowości zasypują sponsorzy i można sobie całą zimę trenować w ciepłym. Wtedy kalendarz startów staje się w zasadzie jedyną determinantą w budowaniu kolejności poszczególnych bloków, ich długości i miejsca na osi czasu. W życiu amatora, nawet tego bardzo ambitnego, kalendarz startów powinien być (w mojej ocenie oczywiście i pod tę tezę będę budował tutaj narrację) rzeczą wtórną i – jeśli już ktoś potrzebuje porządkowania sobie hobby w ten sposób – zastąpiony harmonogramem startów. Czyli, wchodząc w różnicę, określeniem, że przy założeniu, iż wszystkie inne warunki życiowe nam na to pozwolą, to na jesień w październiku polecę sobie dychę po lekko pofalowanym terenie – i to tyle. Przy ilości imprez, jaka jest do dyspozycji obecnie, na pewno coś się znajdzie.
Dzięki temu podejściu znika presja terminu (niepotrzebna w sporcie amatorskim zupełnie, bo nie celujemy w zarobkowe starty, więc dobór imprezy, czy to z cyklu, czy to w Polsce, czy nie, nie ma już znaczenia), znika presja logistyki, nie musimy naginać życia pod imprezy, które są w kalendarzu jakiegoś sponsora czy związku. I na koniec dnia się okazuje... że zupełnie nie musimy startować w zorganizowanej imprezie, możemy to załatwić na trasie GPS danych zawodów w wybranym dla siebie terminie (jestem w świecie biegów przełajowych teraz, więc uwaga: nie polecam biegania na trasie maratonu krakowskiego poza wyznaczonym terminem).
Trochę też ciągnąc ten wątek do końca – znika zupełnie w takim wariancie konieczność stosowania modeli periodyzacji ze sportu profesjonalnego, którą to mamy nabite głowy przez influencerów, trenerów, marketing, sponsorów, organizatorów i tak dalej. MAMY ZUPEŁNĄ WOLNOŚĆ w adaptowaniu środków i możliwości treningowych tak, aby nie były wbrew naszej codziennej egzystencji (w rodzinie, w pracy, w okolicznościach przyrody), tylko były w synergii z tymże. Dzięki tym dość logicznym i prostym w założeniu konstatacjom dostajemy do dyspozycji zupełnie czysty, nieobciążony niczym wykraczającym poza nasze możliwości framework, w którym przygotowania stają się przyjemnością, zdrową, aktywną formą spędzenia czasu na budowaniu się z dnia na dzień, bez widma terminu, ograniczonych możliwości i konieczności prawie że cyrkowych uników w życiu. Może się okazać, bo przecież nie robiłem badań klinicznych, że da nam to nieoczekiwanie zdecydowanie większe efekty niż przy reżimie uzasadnionym w sporcie zawodowym.
To może teraz trochę przykładów (patrz kolejny wpis), jak by to mogło wyglądać w naszej szerokości geograficznej przy ambitnych, ale nie toksycznych celach, osadzonych w realiach amatora (obciążonego życiem i pracą na co dzień), gdzie trening tak naprawdę jest kolejnym stresorem po stronie tego samego bilansu regeneracji!* (o tym ewidentnie trzeba ogarnąć nowy wpis). Później możemy się zastanawiać, czy periodyzacja w profesjonalnym sportowym ujęciu dla amatora ma sens.