Wpisz miał już zabierać się za moją wizję układania rocznego okresu przygotowań ale poszedł głęboko w definicję amatora i stwierdziłem, że najlepiej będzie mu nadać taki tytuł a do meritum jeszcze wrócę, bo gdzie mi się śpieszy?
Okres przygotowań (period) do sezonu w biegach przełajowych biegacza amatora
Po pierwsze trzeba ustalić - od kiedy do kiedy i ile ma taki okres – makrocykl to najczęściej rok (52 tygodnie) od ostatniego startu A. Startujemy zatem przygodę z tzw. roztrenowaniem. Jeśli to Twój pierwszy plan przygotowań w życiu, to roztrenowany jesteś już dość, więc zaczniesz od 2-4 tygodni wprowadzenia przeplatanych nudnymi badaniami i wizytami u specjalistów (od kardiologa po fizjoterapeutę), głównie po to, żeby nie znaleźć się na SOR-ze w połowie planu, który sobie ułożysz (albo nie, tylko ułoży Ci go jakiś trener z interentu albo nie daj boże bloger który trenera udaje).
Sezonowość a okres przygotowań. A tak naprawdę to definicja sportowca amatora.
Mam trochę założeń, pod które teza, że ten, a nie inny system układania planów w oparciu o periodyzację sezonową sprawdzi się najlepiej. Pierwsze to takie, że jesteś amatorem (nie ambitnym, nie emerytowanym pro, nie wanna be pro amatorem, który trenuje więcej i mocniej niż pro – znam takich osobiście, tylko AMATOREM -> definicja poniżej), więc jak to mamy już ustalone, to znaczy, że nie będziesz w roku jeździł na 2-3 obozy przygotowawcze w Dolomity, do Calpe w zimie, nie mieszkasz 2/3 roku w Hiszpanii tylko w Polsce, masz życie poza sportem – czyli pracę, rodzinę, zobowiązania i nie masz całego weekendu dla siebie. Wiesz co to znaczy wyjazd na wakacje z rodziną, a nie Twój wyjazd na letnie treningi, na które zabierasz rodzinę i na koniec wyjazdu wszyscy są wkurwieni, bo ani ty nie trenujesz na poważnie, ani nikt na poważnie z rodziny nie traktuje tego wyjazdu jak wakacyjny wypoczynek (w pracy też to olewają, bo ciągle dzwonią, piszą itp.). Życie ma swoje "momenty", których jesteś świadomy i podchodzisz do tego dojrzale – pewne sytuacje wymagają Twojej obecności i wsparcia i są nienegocjowalne. Chcesz też brać aktywny udział w życiu rodziny (a nie leżeć pół niedzieli wyjebany jak koń po westernie, bo zrobiłem drugi pod rząd long na 32km i rozjazd na rowerze 80km, żeby jakoś te mięśnie dotlenić). To nie są bzdety, tylko świat, w którym byłem i żyłem bardzo długo, a znam dalej ludzi, którzy się tam urządzili na stałe. Więc – to co pokazuję poniżej, nie jest dla WAS i nie przygotuje nikogo z WAS do grudniowego startu w Egipcie czy Turcji, bo co do założenia logistyka startowa w mojej koncepcji i systemie treningu ogranicza się do mojego województwa (tak, mam "szczęście" mieszkać w Małopolsce i trudno sobie wyobrazić inne, lepsze miejsce dla przełajów, ale jeśli masz choć trochę pagórków w okolicy, to też się nada) -> o tym jak dobierać starty i nie robić z tego misji życiowej przeczytasz tutaj. Żeby była jasność – jeśli ktoś ma warunki, w których bez szkody dla życia osobistego swojego, bez szkody dla klientów czy tam pracodawcy może tyrać po kilka godzin dziennie treningu, to respect – ja najwyraźniej w swoim życiu gdzieś dokonałem złych wyborów :) i teraz muszę kombinować jak sobie na pół godziny wyskoczyć dla lasu.
Kiedy startujemy? Bo będziemy startować prawda?
Ok, koniec sezonu, w tym starty A, przypadają w mojej koncepcji na jesień. Zatem listopad (pierwsza połowa) kończy sezon, rok i po powiedzmy biegach niepodległościowych wchodzi w fazę roztrenowania, a później zaczynamy "od nowa", co sugeruje, że jest w tym powtarzalność, bo oczywiście jest. To teraz trochę matematyki, szczerości, obiektywizmu i... retrospektywy, i dostaniemy liczbę tygodni (mikrocykli), które mamy do dyspozycji w roku (sezonie) i co tam sobie można w nich robić, żeby było lepiej. Policzmy zatem ile jest treningu w treningu. -> Ciąg dalszy tutaj.