13 marca 2026

Deficyt dopaminowy, czyli ukryte koszty dobrej zabawy


Za mną bardzo udany weekend w górach z synem (wymagający młody człowiek!). Wróciłem na narty po ponad dziesięcioletniej przerwie, co sprawiło, że podświadomie działałem na ogromnym napięciu. I choć czułem się świetnie, mechanizm nagrody zalany dopaminą i adrenaliną odbił się tak głęboką kompensacją, że przez kolejne dni nie byłem w stanie zrobić kompletnie nic w kwestii treningu.

Moja głowa zdążyła w tym czasie przekopać wszystkie możliwe scenariusze: od totalnego rezygnacji i pytania „po co mi to?”, aż po wizje natychmiastowego powrotu do ultra biegania w górach. Wszystko to oczywiście „podpalane” nadmiarem węglowodanów i bezmyślnym doomscrollingiem, żeby chociaż trochę wyrównać poziom hormonów w głowie.

Powrót do bazy

Zajęło mi to więcej czasu niż zwykle, ale w końcu wróciłem. Odwiedziłem domową siłownię i jestem naprawdę zadowolony. Słońce świeci, zjadłem zdrowy posiłek i znów mi się chce. Znów grzebię w celach, kombinuję, co ma priorytet i jak zabrać się do roboty.

Dla kogoś z boku to oczywiste oczywistości, ale tak właśnie działa głowa z ADHD. Tu nie można po prostu jeść zdrowo i zrobić siedmiu ćwiczeń w obwodzie. W tym wszystkim nie ma żadnej ukrytej magii – wszelkie warianty i udziwnienia są tylko po to, żeby nie znudziły Wam się kanały na Insta. Jajecznica, kurczak, pomidor i brokuł w zupełności wystarczą. Nie potrzebujemy „hyper-foodu” z technologii NASA. No ale neuroatypowa głowa rzadko wybiera najprostszą drogę.

AI kontra moja ambicja

Po raz kolejny obraziłem się na Garmina. Nie mam już siły klikać i planować każdego treningu w kalendarzyku. Znudziło mi się to, więc na jakiś czas oddaję się w ręce sztucznej inteligencji, a konkretnie aplikacji Heavy Trainer. Jeszcze tydzień temu uznałem ją za zbyt banalną, bo przecież „ja wiem lepiej”. Mozolnie, przewalając tony materiałów, uciułałem własny program treningowy. Z ciekawości poprosiłem AI o opracowanie planu na dziś i dostałem w zasadzie to samo – tyle że w 15 sekund, a nie w tydzień. Gotowe do działania, z obciążeniami i bez zbędnego gadania. Tyle w temacie.

Podatek od szczęścia

Wracając do deficytu dopaminowego: kiedyś te huśtawki nastroju były dla mnie przerażające. Nie byłem świadomy, jak wysoko opodatkowane są moje dobre, satysfakcjonujące chwile. Objadałem się, mózg błagał o szybkie węglowodany, sypała się dieta i schemat dnia. Czasem dochodziło nawet do somatyzacji – stawy i mięśnie bolały znacznie dłużej niż po zwykłym wysiłku. Do tego dochodziły potworne wyrzuty sumienia, że nie mam siły na trening, na działanie, na opanowanie się.

Teraz działam inaczej. Z większym szacunkiem do własnych neuroograniczeń. Dzięki temu ulga przychodzi szybciej – naturalnie, a nie „wyciśnięta” siłą. Płynę zgodnie z sinusoidą nastroju, która dzięki treningowi fizycznemu i mentalnemu staje się coraz bardziej płaska. I o to w tym wszystkim chodzi.

Nadal jest mi daleko do idealnej linii prostej. Czasem nie chce mi się gotować, wjeżdżają rekreacyjne orzeszki i batoniki, ale to detale. Te kilka dni spadku formy w skali roku nie wygląda tak źle. Nie ma sensu się chłostać. Ważne, żeby wracać do rutyny, gdy tylko poczujesz się na siłach. Robić swoje, grzebać w celach i przesuwać się do przodu. Na tym właśnie polega prawdziwa praca nad samorozwojem.

6 marca 2026


Trochę się ta nowa rutyny posypała na rzecz ... No właśnie na rzecz random aktywności których w obawie przed kontuzją (jak się przygotowujesz dwa lata do imprezy gdzie wywaliłeś kilka k na start, to takie właśnie pato wzorce się uruchamiają) unikałem przez ostatnią dekadę. Prawdą jest , że jazdy na nartach się nie zapomina no może nie do końca zapomina, trochę sobie muszę temat odświeżyć ale pretekst w postaci wyjazdu z najmłodszym na jego weekendowy kurs jest idealny. Perspektywa wspólnych zimowych wyjazdów w przyszłości i wspólnej aktywności dodatkowo mnie motywuje. Pogoda idealna, śnieg, góry, i chwila wolnego od codziennego zapierdolu bezcenna. Do tego powrót do aktywności którą naprawdę lubię i chyba lepiej być już nie może...

Może, młodemu idzie naprawdę bardzo dobrze i złapał potężna zajawkę! Idealnie.

5 marca 2026


Nie wiem czy to ja zacząłem skrzypieć czy bieżnia nie chce tego wszystkiego przechodzić na nowo jeszcze raz? No nic, dla mnie Collagen dla bieżni smar i jakoś to poleci. Truchty "pod górkę" są na stałe w moim repertuarze wprowadzającym po kontuzji, po przerwie, po roztrenowaniu. W moim obecnym planie mają rolę active recovery po poniedziałkowych przysiadach i interwałach... Trochę tych pomysłów jest, wygląda na to że mają sens ale to czas pokaże, już nie wiele mi prób zostało. Czas nie jest z gumy.

3 marca 2026


Trochę zbyt ambitnie, klasycznie, jak zwykle ale jestem dobrej myśli bo zaczynam coś nowego, przemyślanego i tak po prostu zwyczajnie w zgodzie z sobą. Pasuje mi taka forma treningu, krótsza, intensywna, wymagająca ale nie destrukcyjna. Mogę też połączyć to co zawsze lubiłem i lubię najbardziej, bieganie, rower i trening siłowy a gdy przyjdzie czas na deload pewnie zmieści się też pływanie. Gdy nie ma zawieszonej na kółku konkretnej imprezy, nie ma deadline w postaci terminu startu to można się zastanawiać czy jest wystarczająca motywacja aby się docisnąć, a może właśnie o to chodzi żeby nie ugniatać głowy presją w przestrzeniach gdzie robimy, sry robię coś dla siebie. Nie wszędzie musi być eksponowany aspekt osiągania i rywalizowania, aby zmotywować się do intensywnego wysiłku. Położyłem gdzieś na razie na niższej półce te podszepty ego i priorytet dostało zdrowie i w tym kontekście będę działał. Czy to będzie w rezultacie baza do jakiegoś amatorskiego startowania? Nie wiem, to dla mnie pułapka ciągłego mierzenia i podejście nigdy dość i nigdy dobrze ... A tu dzisiaj i solidne przysiady i martwy i interwały na trenażerku... na bieganie interwałów przyjdzie jeszcze czas po okresie adaptacji.

1 marca 2026




Źródła wiedzy od źródełek co raz trudniej przychodzi rozróżnić w czasach shortsów, bro science i insta science oraz wszelkiej maści internetowych mędrców. Pytanie czy jest jeszcze siła i kawałek świadomości do której można wrzucić porządną rozsądną przemyślana i wartościową lekturę. Tutaj trzeba przeczytać całość i zrozumieć, że to co połowa internetu nazywa treningiem hybrydowym po prostu nim nie jest (to że w poniedziałki robisz klate a w le wtorek sprinty nie oznacza że robisz trening hybrydowy, na pewno chujowy ale nie hybrydowy). Pozycja obowiązkowa, Aleks jest ojcem tej koncepcji i pierwszy też użył w kontekście przez siebie opisywanej metodyki sformułowania "hybrid training". Polskiego wydania próżno oczekiwać, w sieci dostępne jest za darmo pierwsze wydanie z 2015 przyjęte tak sobie, uznane za chaotyczne i niezrozumiale. Nie wiem dlaczego ale patrząc na setki porad z zakresu treningu hybrydowego jestem przekonany że to była dla wielu faktycznie lektura za trudna. Nowe wydanie dodaje sporo definicji, doprecyzowuje główne założenia jak interferencja (która oczywiście jest przy dwóch różnych szlakach metabolicznych i nikt temu nigdy nie przeczył), stackowania jednostek wokół grup mięśniowych, zrozumienie roli regeneracji oraz możliwości oraz szerszego planowania ta metodyka nawet całego makro cyklu.

Mam nadzieję, że tym razem zrobię to dobrze. Trzymać kciuki i zaczynamy.