Wnioski, do których dotarłem empirycznie na przestrzeni ostatnich lat, okazują się być dość dobrze opisane i zbadane (choć zarówno po jednej, jak i drugiej stronie badań długoterminowych brakuje, zresztą trend, że powiedzieć lub stwierdzić teraz coś można tylko, jak jakieś badania to potwierdzają, a rzeczywistość świata nauki i publikacji jest na tyle mocno przesiąknięta bzdetnymi systemami punktacji i skoków na kasę, że śmiem wątpić w słuszność tej tezy – badania są użyteczne, ale nie wszystkie i nie dla wszystkich). Do rzeczy, punkt wyjścia do moich obecnych decyzji i to, na jak kluczowe kwestie chciałbym przy ich okazji zwrócić waszą uwagę (jeśli ktoś to czyta), to interferencja (w tym przypadku ze skutkiem negatywnym) kwantyfikacji osobistej z całym opresyjnym systemem urządzeń elektronicznych i platform kontra wewnętrzna motywacja a zewnętrzna motywacja, i gdzie właściwie w tym wszystkim jesteś, gdy chcesz po prostu sobie pobiegać, a wyszło, że czujesz się jak w pracy i gdzieś z tyłu głowy pojawiają się delikatne przymusy na motywach kolejnych treningów synchronizowanych na Stravie. Konto na tym portalu mam od 2020 roku i chciałem w sumie teraz, po 6 latach, sprawdzić, co tam się w sumie wydarzyło lub zmieniło, bo nie używałem tego serwisu od lat, a czynnikiem, który mnie zmotywował, było ogłoszenie przez Stravę dostępu do danych przez oficjalny serwer MCP (to pierwsza platforma, która daje oficjalnie taką opcję). Chwilę trwało, zanim dostałem możliwość skorzystania z tej opcji uruchamianej etapami i regionami, ale po wstępnych zachwytach (ta krzywa wejścia w temat, a z agentami AI i analizą danych, które dają, zawsze jest podobna, ogromny peak, szybkie dotarcie do ograniczeń i dość powierzchowne wnioskowanie i sugestie, gdzie bez właściwej wiedzy, określonych celów i głębokiego zrozumienia dziedziny nie pójdziesz daleko, jednym słowem musisz się znać i wiedzieć, o co zapytać... A na koniec dnia okazuje się, że będąc zaawansowanym użytkownikiem w danej dziedzinie, nie dowiadujesz się niczego nowego - rabbit hole), czyli trochę taka kolejna parafraza tego, co już dawno wiesz, ale z jakiegoś powodu wierzysz w to bardziej, jak jakiś algorytm potwierdzi, że masz rację (najlepiej na podstawie danych przetworzonych wcześniej przez inny algorytm).

W tytule jest jasno określone, o kogo mi chodzi, dlaczego ja? Więc jeśli coś tu z Tobą rezonuje i szukasz swojego dlaczego, to mam kilka spostrzeżeń (są to dość powszechnie, jak się okazało, opisane zjawiska socjologiczno-psychologiczne, społeczne, więc daruję sobie bibliografię i zachęcam do samodzielnego researchu).

To jak to jest z tymi Prosami?

Lata temu wylądowałem na obozie sportowym, będąc takim wannabe amatorem z aspiracjami na wynik (nieważne jaki, byleby był!), a tak naprawdę miałem naprawdę bardzo trudny okres w życiu prywatnym i potrzebowałem się odnaleźć na nowo, problemy osobiste przytłoczyły mnie tak bardzo, że fokus musiał się przenieść gdzie indziej, aby psychika miała czas na poukładanie wszystkiego na nowo. Wpadłem w wir treningów, planów i nowych relacji, pierwszego kontaktu z zawodowymi sportowcami i tego, jak trenują i funkcjonują na co dzień, 24h na dobę. Wnioski, do jakich wtedy doszedłem, a był to dla mnie zupełny początek kariery zawodnika, okazały się niezwykle słuszne i łatwo skalowalne z metody tej małej grupy sportowców amatorów na wielkie korporacje, które kręcą miliardy na fitness branży. Możliwość obserwowania treningu zawodowców, kadra, która ma ogromne doświadczenie i amatorzy, którzy po 2 dniach dotarli do limitów swoich biologicznych możliwości, starający się za wszelką cenę zachować twarz i trenować oczywiście mocno i twardo, bo inaczej cele odjadą w siną dal. Podzieliłem się swoim spostrzeżeniem z trenerem (właścicielem firmy i zespołu), że to niedorzeczne i chyba deprymujące dla tych ludzi, że są w tej samej grupie co pro, ale ankieta, w której jasno zadano pytanie, czy kogoś obecność prosa w grupie deprymuje czy wręcz przeciwnie motywuje, obaliła moje tezy i obóz poleciał dalej. No cóż, poczułem wtedy, że chyba się nie znam i niepotrzebnie wypowiadam w imieniu grupy... Nie doceniłem potęgi tych narzędzi, które ocierają się o granice NLP. To, co pozostaje niezmienne, to obraz, jaki się z tych danych kształtuje. Nawet teraz po latach się to nie zmienia, 90% profili amatorów, które przejrzałem, pokazuje, że trenują za mocno, ponad jakiekolwiek sensowne założenia dla swoich obecnych możliwości biologicznych, naśladując i cisnąc bezrefleksyjnie to, co robią pro zawodnicy albo po prostu reszta grupy. To jest i było bez sensu dla zawodnika i amatora, ma sens tylko dla tego, który robi na tym kasę. Niezmiennie zabawny pozostaje dla mnie fakt, że publikacja absolutnie wszystkich treningów na platformie społecznościowej, która w swoich założeniach ma wsparcie celów (Twoich) przez motywację grupy (kudosy, lajki, komentarze), przez nikomu nieznanych amatorów zupełnie się nie ziszcza i jest niespełnioną obietnicą. Jeśli amator nie zadba o przystąpienie do grup, dokoptowanie wiernej grupy znajomych, raczej na kudosy nie ma co liczyć, więc to oszukiwanie samego siebie trwa w najlepsze. Nikogo to nie interesuje. Przypadkowe wrzuty prosów z wyjścia do toalety mają więcej kudosów niż epickie treningi amatorów. To nie przestanie mnie bawić nigdy, ten cały automatyzm, jaki wokół tego już narósł.

No to jak się czujesz?

Te wszystkie serie, aktywne regeneracje (o tym zrobię osobny wpis Dlaczego nie stosuję aktywnej regeneracji), szukanie każdej najmniejszej luki na optymalizację i narastające poczucie straty, gdy życie nie pozwala funkcjonować jak reszta świata na tym portalu i trenować jak ktoś, kto dostaje za to pieniądze i większość czasu, w którym Ty siedzisz w pracy, śpi albo jest na odnowie biologicznej, chyba nie wspiera Twoich celów, o ile tak naprawdę są Twoje, bo to już inna historia. Motywacja wewnętrzna, jeśli się nią kierujesz i jest wystarczająco mocna, nie potrzebuje ciągłej walidacji przez obce osoby na żadnym portalu, tak samo jak fakt, że jesteś niewyspany, potwierdzenia w postaci punktów... Masz to czuć, masz to rozumieć, masz wiedzieć, co z tym zrobić i co chcesz z tym robić – Strava powoduje, że podkopujesz pewność siebie, przestajesz się słuchać i rozumieć, co robisz. Taka jest perspektywa każdego amatora i nieważne, jak bardzo w to nie chcesz wierzyć, tak jest, gdy jesteś w ciągu porównań danych bez żadnych kryteriów ich doboru do porównań, wiesz, takie rzeczy jak wiek, staż, obciążenie, stres, sytuacja zawodowa i rodzinna mają krytyczne znaczenie, a nie to, co widzisz w 45-minutowym wycinku życia jakiegoś randoma z internetu.

Dla kogo są te wszystkie dane? Ostatnio sporo słuchałem mądrych ludzi, w tym topowych w Polsce trenerów, i ich podejście jest spójne, ten cały data driven trend w treningu amatora to ściema i mało kto z tego korzysta, takiego amatora prowadząc. Niewiele z takich danych można wywróżyć, jak ktoś jest na trening wyrywany raz na dwie doby i to na godzinę! Informacja z takiego treningu jest w sumie bez sensu, już lepiej użyć zwykłej skali RPE i napisać, że czułeś się dobrze czy źle, a nie pochylać się nad zapisem randomowej trasy, tętna itp., gdzie zupełnie nie wiadomo, co spadło Ci na łeb w życiu przez pozostałe 47 godzin. Dlatego trenerzy z prawdziwego zdarzenia sporadycznie sięgają po takie armaty jak HRV czy ATL, CTL w treningu normalsa przed jego pierwszą piątką w życiu. Strava natomiast potrzebuje tych danych, aby uczyć swoje algorytmy, i jak przy okazji skasuje Cię na stówkę z hakiem, to już jesteś idealnym profilem klienta. Olimpijczyków i mistrzów jest kilku na świecie, a nas, amatorów, miliony. To nasze dane i kasa utrzymują te serwisy, a im bardziej realna zdaje się dzięki narzędziom, które co rusz są wprowadzane, od wykresów trendów po chore do granic wytrzymałości streaks, ułuda osiągania celów, to tak naprawdę jest to tylko po to, żeby tylko Cię zatrzymać w apce. I tyle w zasadzie na ten temat, bo żadna apka nie jest w stanie przesunąć Cię zdecydowanie w stronę tego, co sobie zaplanowałeś, tylko systematyczna praca na treningach, które są odpowiednio dobrane do twoich możliwości i są adekwatne i w zgodzie z ograniczeniami, jakie masz z życia i zdrowia. Grywalizacja nie ma tutaj zastosowania, jeśli potrzebujesz motywatora w takiej postaci, a mierzysz wysoko, to to się po prostu nie uda. Aby osiągać np. cele w ultra, trzeba kilku lat systematyki i żadne porównania i wpatrywanie się w easy runy, które nigdy nie będą w Twoim zasięgu nawet jako peak performance, tego nie zmienią.