W zasadzie mógłbym napisać, że mi się znudził, ale to w sumie nie do końca prawda. Przerobiłem tych Garminów kilka, od klocków 310, 910 XT, naprawdę solidne zegary (brakowało im chyba tylko kukułki), później już był Fenix, dla odmiany mały, bo 5s (do dzisiaj w rodzinie na ręce żony), później znów mocno, bo Fenix 8x pro, i na koniec bardzo nietypowo, bo Venu X1 (taki wszystkomający sportowo Apple Watch, którego nie trzeba co kilka minut ładować), oczywiście do tego pasek HRM, jakiś komputer rowerowy, waga – no Garmin Fan Boy na całego! Nie piszę tego, aby się chwalić, tylko raczej pokazać, że wiem, jak się to obsługuje, i od 2013 roku byłem wierny marce, i rezygnacja z tego ekosystemu jest realnym, przemyślanym wyborem, a nie brakiem wiedzy w zakresie możliwości tego sprzętu czy jego użytkowania, i nie będę się tutaj rozwodził nad dokładnością GPS, od tego są całe fora internetowe... Raczej chciałem powiedzieć kilka słów o tym, jak to wszystko w życiu amatora powoduje pewien narzut i w mojej ocenie komplikacje. Garmin Fenix to też jest jeden z atrybutów triathlonisty, a raczej się już nie utożsamiam z tym kawałkiem mojego sportowego życia, więc... Co się stało?
Kalendarz, który nie jest kalendarzem i inne pierdolety.
Do końca wierzyłem, że przy takiej ogromnej konkurencji, jaka wyrosła Garminowi na jego oczach, pewne tematy po prostu muszą zostać załatwione, czyli uruchomienie działającego kalendarza, w którym można zaplanować treningi i zweryfikować później ich wykonanie. No oczywiście da się to obejść, ale chyba każdy, kto używał TP, wie, o czym mówię, a gdzie zrobienie planu? Jprdl, firma, która jest na ręce połowy jak nie więcej triathlonistów na świecie i zbiera na potęgę dane z ich treningów, nie wrzuciła opcji, w której mogą się one ułożyć w spójny plan... Nawet w wersji za pieniążki, czyli osławionym plus. Są też takie historie jak nawodnienie, które nijak się nie łączy z aplikacjami ze sklepu Garmina, i inne blokery jak kcal, które policzą się tylko w MFP i nigdzie indziej! Kolejna zmowa MFP i TP oraz Garmina... A ostatnie informacje o tym, że Garmin kupił Training Peaks, zupełnie temat w mojej głowie potwierdziły. Teraz już mają wszystko, również dane o wykonanych vs plan treningach, ale kalendarza nie mają dalej, po co sobie psuć biznes?
Garmin Connect +
No to tak, dostajesz możliwość śledzenia w tak irytujący sposób makro i posiłków w oparciu o harmonogram (nie kalendarz), że trudno to opisać, w dodatku nie ma polskiej bazy produktów (reasumując, płacąc dosłownie za wszystko, plusa, MFP, nie udało mi się stworzyć nigdy planu żywienia na widoku tygodnia, no nie da się)... Wsparcie AI agenta, który coś tam szyje na podstawie Twoich danych z treningów, i uwaga, wizualizacje ćwiczeń siłowych, bo już jakiś czas temu ewolucję przeszedł front do planowania treningów siłowych, ale aby ogarnąć, jak one się właściwie w bazie Connecta nazywają, trzeba albo ściągi w Excelu, albo różnych tricków i obchodzenia tematu przez gotowe już plany w Connect. Pain in the ass. Można by rzec, że kupiłem zegarek, a chciałbym całe zaplecze treningowe i w sumie długo żyłem w przeświadczeniu, że przesadzam, aż za połowę ceny nowego Fenixa dostałem zegarek i kompletną platformę, która kosi wszystkie serwisy na raz i jest za darmo... Tak, za darmo, ale o tym później (wpis o Coros HUB).
Garmin to trochę taki Apple w świecie zegarków sportowych i nie tylko.
Tyle że mam tutaj na myśli te najgorsze cechy tego korpo. Są to urządzenia drogie, niby ze wszystkim się integrują, ale same pozostają bardzo zamknięte (API dostępne tylko dla developerów w programie), pobranie danych hurtowe z Twojego konta jest... niemożliwe (no, dowiedział się pan, no i?), można próbować różnymi trickami, ale żeby pobrać pełne pliki z danymi GPS, HR itd., nie ma takiej opcji. You are fucked. Chyba że dojdziecie do punktu w swoim życiu, w którym te dane przestają mieć dla Was znaczenie i możecie sobie pozwolić na ich skasowanie (akurat, nigdy tego nie skasują, ale przynajmniej tak powiedzą). Nie ma też podejścia przez MCP, więc skazani jesteśmy na upośledzoną AI Garmina, która wszystko pcha w swoje schematy i nie idzie jej nic przetłumaczyć, a już wrzucenie czegoś dodatkowego w istniejący plan jest w zasadzie niemożliwe albo przynajmniej bez znaczenia dla algorytmu. Ta hermetyczność wychodzi już na maksa, gdy zewnętrzne firmy i ich apki, które robią naprawdę dobrą robotę, jak np. Heavy, gdzie ładnie można sobie plan progresji siłowej ułożyć i ma to wszystko sens, dostały bana na API i nie mogą swoich treningów przesyłać na urządzenia Garmin (zgadnijcie, tylko TP może), no dobra, i w zasadzie dedykowana dla Garmina apka LiftTrack, która uratowała Garmina dla osób zainteresowanych bardziej treningiem siłowym niż wytrzymałościowym czy po prostu hybrydowym. Szczerze polecam nawet wersję płatną, jak nie macie ochoty sprzedawać swojego Garmina, poszliście mocno w te bajery, a ograniczenia w projektowaniu treningu zaczynają boleć coraz bardziej. No i na koniec, waga Garmin Index 2 bez Garmin Connecta jest w zasadzie bezużyteczna, podobnie ciśnieniomierz. I tutaj dochodzimy do meritum, zapakowałem się w ten ekosystem tak jak kiedyś w Apple, a ten mnoży ograniczenia i podsuwa tylko nowości do zakupu, a na premierę co roku nowych zegarków czeka się jak na konferencję z nowym iPhonem, no ale po co? Tzn. ja poczułem, że mi to nie jest potrzebne, po prostu, i tak mój esencjalizm zaczyna robić porządek w tych rzeczach i atrybutach kogoś, kim już nie jestem.
No to wywalam się z Garmin Connecta, będzie bolało.
W sumie to nie będzie, podajesz hasło i puf, nie ma, choć Garmin zastrzega, że jest milion powodów, dla których może sobie te Twoje dane zostawić. Żaden tak naprawdę nie występuje w życiu zbyt często, ale zawsze.
Jeszcze mi się przypomniał Tacx!
To chyba była jedna z takich pierwszych akwizycji Garmina, która zrobiła wrażenie, bo po prostu świat top trenażerów wszedł do ekosystemu i oczywiście razem z nim całkiem solidna apka do wirtualnej jazdy w oparciu o video z tras i dające dość realne odczucia funkcje bardziej zaawansowanych modeli. Nie zgadniecie, oczywiście dodatkowo płatne! W pewnym momencie, żeby to wszystko utrzymać, nie wystarczy zegarek za ponad 3k, trzeba jeszcze 200 PLN miesięcznie na abonamenty. Przyznacie, że nawet jak na triathlonistów jest to sporo... Albo nie, bo z tego, co wiem, to ten konglomerat firm ma się coraz lepiej, więc musicie tam srogo łożyć na to utrzymanie. Trzymam kciuki, właśnie wpadł mail z potwierdzeniem zamknięcia konta, a zegarki poszły na Allegro. Wszystko to jest po prostu niepotrzebne w pewnym momencie, a jest to moment, w którym to sobie uświadomisz, nie ma on żadnego związku z dyscypliną i poziomem, na którym ją uprawiasz.
Po co takie histeryczne ruchy? Jakie histeryczne, po pierwsze na spokojnie, to są tylko dane, w dodatku średnio już istotne. Porównywanie się nawet do samego siebie, ale sprzed 10 lat, nie ma zupełnie sensu, chyba że na zasadzie opowieści wnukom, jakie to dziadek kręcił wybiegania przed maratonem (jak był drugi raz młody oczywiście). Myślałem też o wartości dydaktycznej, w kontekście układania treningów dla innych i jakiegoś materiału referencyjnego, no też nie. Każdy jest w zasadzie zupełnie inny, a po 40 to już planów i analiz porównawczych nawet w ramach jednego miesiąca czasami nie da się znaleźć. Jak spojrzeć na to na bazie jakich iloczynów powstają linie trendów np. w Stravie, która sama zaznacza, że te dane to tylko prywatny wykres progresu nieporównywalny z nikim i niczym, bo to, że tam masz 56, a ktoś 32, nie znaczy, że jesteś czy będziesz od niego lepszy na zawodach, czy też ogólnie znajdujesz się w lepszej dyspozycji, choć logika mogłaby na to wskazywać. Złożoność analityczna danych nabiera innego znaczenia w bardziej zaawansowanych narzędziach z bardziej referencyjnymi wskaźnikami jak TSS, ale o tym, jak wywaliłem Training Peaks i dlaczego, w następnym wpisie.