Gdzie nie spojrzeć, jak by się na początku wszystko dobrze nie zaczynało, jaka by nie była zakorzeniona w naturze czy w mistycyzmie jakaś idea, współczesny świat i jego potrzeby postawiły jasny i brutalny w swojej prostocie przekaz – musisz to monetyzować albo... No właśnie, albo. Jakie jest to albo? Nie zamierzam tutaj wchodzić w polemikę z fundamentalnymi argumentami, że jak coś robisz i inni mają z tego korzyści, to logiczne jest, że Ty też, nawet jeśli na początku nie, to później już tak, też masz jakieś oczekiwania. Nie muszą być finansowe, to może być również autorytet, szczególnie ważny w świecie fitness, gdzie prędzej czy później nie dasz rady być docięty cały rok albo dowozić świetnych wyników. To ma swój kres. Wtedy zostaje coś, co jest zupełnie odrębne od fizjologii – wiedza i skuteczność wprowadzania jej w życie. Najlepiej jak można ją wprowadzać w życie innych i tam też pojawiają się powtarzalne, oczekiwane efekty. Jak ktoś się jeszcze pokusi o zrobienie „badań” w tym zakresie, to mamy pełen sukces, bo wiadomo – teraz jak nie ma na coś badań, to tego nie ma albo nie działa (oczywiście to nieprawda i na to, a jakże, też są badania!).
Fabryka wiecznych potrzeb
Celem biznesu, całej branży fitness, nie jest to, żebyś był zdrowy i wytrenowany. Celem jest, abyś cały czas był w potrzebie i procesie „chcenia” bycia zdrowszym i sprawniejszym, to czyni Cię najlepszym możliwym klientem. Nowe diety, ćwiczenia, suplementy, karnety, sprzęt, ubrania, buty... Spełnienie marzeń działu marketingu 4F czy tam Nike. W social mediach masz ciągle i bez ustanku poszukiwać różnorodnych ćwiczeń, metod, przepisów, sposobów, trenerów, influencerów, a nie masz tam czegoś wartościowego znaleźć. To nie jest po to, po prostu. Tu się można obrażać i foszyć, że przecież są trenerzy, którzy mają misję od Boga, aby każdy z nas był dopakowanym, zdrowym chłopem, co na śniadanie pije eko kefir, a po pracy biega maratony i zakłada firmę, która odchudziła sto tysięcy Polaków o ileś tam ton. Oczywiście, że tak. Ja tutaj nie o tym, że te biznesy są złe – wręcz przeciwnie, są bardzo dobre i dla mnie każda droga, od kanału na YouTube po firmę obecną w każdej Żabce (sam kupuję często coś od Dzika), jest godna podziwu! I na poziomie menedżera, i przedsiębiorcy pełen szacunek.
Perspektywa ogarniacza
Natomiast tutaj idzie o perspektywę mężczyzny, dojrzałego, którego życie godzina po godzinie generuje nowe wyzwania podsycane oczekiwaniami innych co do zakresu, czasu i miejsca, w których się to jakoś za naszym udziałem rozwiąże. Współczesny mężczyzna to ogarniacz, naprawiacz, kochający mąż, tatuś, świetny pracownik, wspaniały syn, dobrze wyglądający, pachnący, dojrzały, zarobiony... Przynajmniej tak to wygląda z perspektywy Wysokich Obcasów i „Julek”, które są na świecie krócej niż ja trenuję. No tak będzie i trochę toksycznie, bo frustracje i trochę to dystansowanie się pokolenia nie bierze się znikąd. Bierze się z tej niczym nieuzasadnionej głupoty obecnych influencerów, którzy próbują kreować obraz współczesnego, dojrzałego, prawdziwego mężczyzny (który jeśli by się którejś niedzieli okazało, że jednak woli być kobietą, to też nie ma problemu).
Proste zasady się nie sprzedają
Jak z tej dygresji wrócić do tematu treningu? Jednym zdaniem: Tobie to wszystko nie jest potrzebne. Tyle. Zasady, które prowadzą do naprawdę dobrych, stałych rezultatów, są bardzo proste. Tak proste, że się w swojej pierwotnej formie nie sprzedają i nikogo nie interesują. Po pierwsze, z jakiegoś powodu ciężko uwierzyć, że proste, powtarzalne podejście jest skuteczne, skoro nie zawiera w sobie tych wszystkich czarodziejskich sztuk i nauki z internetu... Druga rzecz, tego nie da się sprzedawać, no bo jak? Idź biegaj co dwa dni do lasu, za każdym razem troszeczkę dalej i tak przez pół roku? No nie poleci. Musi to być trening periodyzowany i strukturyzowany, z akcentami siłowymi, z adaptacją nastawioną na bazę VO2max, z uwzględnieniem pliometrii i dynamiki terenu oraz sekwencji regeneracji na planie... Lepiej, co nie?
Finansowanie obietnic
Podobnie jest w zasadzie w każdej odmianie i dziedzinie sportu amatorskiego (nie mieszać z zawodowym, w którym to podejście jest niezbędne, naukowe, precyzyjne, doprecyzowane i dopracowane w każdym detalu). To jest największa dźwignia, jaką stosuje ta branża – od profesjonalnych butów za tysiak, które dają różnicę olimpijczykowi, ale ich jest może dwudziestu na świecie, a ktoś musi sfinansować badania nad kolejnym projektem podeszwy, która daje te dwie, trzy sekundy więcej na dychę... Więc podzielmy się robotą: Ty finansujesz, a ta dwudziestka biega szybciej o te dwie sekundy, ale nie Ty. Ty zostajesz z niespełnioną obietnicą i rozgoryczeniem, szukając szczęścia gdzie indziej. Może w suplach? Może trener albo plan z internetu?
Prawdziwy cel po czterdziestce
Dobra, gościu, coś się znowu przyjebał? Zajmij się sobą! – o, i to jest najlepszy plan, jaki możesz mieć! To, co determinuje moje starania, to w zasadzie dość proste cele: chcę być silniejszy, sprawniejszy i wytrzymalszy. To jest składowa zdrowego zarówno fizycznie, jak i psychicznie życia, życia w ogóle, nie tylko po czterdziestce. Siła, sprawność i wytrzymałość są przepustką do aktywnego życia znacznie dłużej, do niezależności, gdy przyjdzie zmierzch naszych dni i późna starość. A tymczasem ponadprzeciętne zaangażowanie w te trzy aspekty może dać dodatkową przestrzeń na hobby, jakim jest sport amatorski, i czerpanie satysfakcji czy to z porannego długiego biegania po lesie i górach, czy nawet startu w jakichś zawodach, jeśli ten specjalizujący te zabawy aspekt jest dla Ciebie ok.
Ucieczka z fit mirażu
„Silni ludzie są trudniejsi do zabicia niż słabi ludzie, są też ogólnie bardziej użyteczni” Mark Rippetoe
Zanim zaczniesz się zastanawiać, dlaczego ten trener jest aktualnie tak mocno hejtowany w branży, to jak się czujesz z moim tekstem? Mnie zajęło prawie dwa lata wyrwanie się z tego świata fit miraży. Może to też zmiana paradygmatu. Przedtem cel mojego treningu był zdecydowanie bardziej „próżny” – kolejne dojebane zawody, kolejne życiówki, kolejne dalej, dłużej, mocniej, aż coś pękło w przenośni i dosłownie. I dobrze, w ostatniej chwili, bo zrujnowałbym sobie do końca zdrowie, ale też po prostu życie (w pracy i rodzinie). Podstępnie dokonał się u mnie switching uzależnienia z używek na sport i trening (tak, to uzależnia) i była to jednocześnie zła i dobra droga. Teraz została już tylko dobra, czy na zawsze? Nie wiem.
Pułapki skrajności i logistyki
Prostych zasad, programów i ewangelistów takich tez jak moja nie brakuje. Mimo wszystko dostrzegam pewne zgrzyty w tych podejściach, które starają się być jedyne słuszne i agresywne (jakiś sposób na zwracanie na siebie uwagi, gdy nie ma różnorodności, musi być) i koniec końców ładuje to wszystko w niszy dla leśnych dziadków. Są też bardzo spolaryzowane, czyli albo-albo! Albo siła i masa, albo wytrzymałość i na siłę nie zostaje już czasu i miejsca, albo inne brednie o tym, że z przyrostem masy mięśniowej możesz stracić swoje cenne minuty na podbiegach (najpierw musisz stracić całą tkankę tłuszczową, żeby ta teza znalazła zastosowanie)... I tak dalej. Oczywiście jest cała masa ograniczeń logistycznych, choć na pewno nie tak skomplikowanych jak w przypadku prób trenowania triathlonu w miejskiej dżungli, tu umiejętności zaginania czasu zdają się być u niektórych nieograniczone – staram się jak mogę unikać tej karkołomności i udawania, że jestem z tym ok, i przekuwania tego całego cyrku na jakieś swoje domniemane supermoce organizacyjne. Pfff...
Trzy powody, by mieć siłę
Dlaczego lepiej być sprawnym i silnym?
Odporność na wypadki: Silniejsze ciało (gęstsze kości, mocniejsze mięśnie) znacznie lepiej znosi upadki, wypadki samochodowe czy urazy.
Przeżywalność chorób: Człowiek z większą masą mięśniową ma większe rezerwy metaboliczne, by wygrać z ciężką, wyniszczającą chorobą.
Użyteczność: Siła fizyczna pozwala pomagać innym w codziennym życiu (od noszenia mebli po ratowanie kogoś z opresji).