Życie, tak po prostu. Zobowiązania – choć do złapania wcześniej, to mimo wszystko umykające mi czasami (ADHD is such a bitch!) – powodują demontaż rutyny. I choć, jak już zauważyliście pewnie, nie jestem wielkim orędownikiem periodyzacji czy innych planów budowanych na niej i ich wręcz kultowego odczyniania, to jednak to, co mnie z tym światem wiąże i łączy na wieki, to struktura i powtarzalność. Pewna rutyna i schemat postępowań, czy to w skali roku, czy w skali tygodnia (choć ja schodzę nawet do dnia i do pory dnia – bo muszę, inaczej bym nic nie zrobił i nic nie osiągnął), ma swoje plusy dodatnie i ujemne...

Ujemne są takie, że gdy rutyna i schemat się sypią, to zaczyna się robić dziwnie i nieprzyjemnie, bo trzeba mocno improwizować, żeby trendy dalej się zgadzały. Im większy okres objęty improwizacją, tym bardziej trzeba mieć świadomość znaczenia poszczególnych elementów i bazować na wiedzy oraz celach, zamiast biedzić się nad gotowym planem i rwać włosy z głowy – jak to teraz zrobić, zmieścić, pogodzić, czy się cofnąć, czy olać, czy robić dwa razy więcej itp. itd. Do takich dram (ludzie ludziom) już na pewno nie wrócę. Pięć minut więcej w biegu dookoła śmietnika mi nic w życiu realnie nie da, a męczenie się dwa tygodnie i stawianie na rzęsach, żeby wszystko ogarnąć, gdy wypierdala się cały tygodniowy grafik, mija się z celem.

Kiedy elastyczność wygrywa z reżimem

W tym tygodniu powody były rodzinne – musiałem zadbać o to, by mój najmłodszy dotarł rano na półkolonie, a później po południu bezpiecznie z nich wrócił. A że dzielimy pewne neurobiologiczne wzorce, to rano musi być pierwszy na miejscu, a wieczorem też nie chce być ostatni. Ogólnie to zaskoczenie w postaci półkolonii, planowanej przecież pół roku temu, całkowicie rozbiło mi tydzień, który w zarysie miał być jeszcze trzecim mikrocyklem w budowaniu objętości przed deloadem.

Gdyby nie podejście, które Wam tutaj staram się przedstawić, pewnie bym naginał rzeczywistość. Co to znaczy? Może wstałbym godzinę wcześniej i zrobił jednostki treningowe niedospany o 5:30. Pewnie by się coś przeciągnęło, pewnie bym coś musiał urwać, pewnie rano byłbym napięty i zepsuł i tak już stresujący, pierwszy dzień syna na jego... wakacjach. Jak trzeba się na czymś skupić, to trzeba i tyle.

To lepienie planu za wszelką cenę zawsze jest przeciwproduktywne. Zawsze. Jednostka robiona na nerwie, w niedoczasie i przy niedosypianiu, jest później źle zaopiekowana regeneracyjnie. Wcześniejsze wstawanie rozbija też stały schemat żywieniowy, co na redukcji ma kolosalne znaczenie – i nagle generują się same problemy.

Poniedziałek odpuściłem zupełnie, zrobiłem wolne od treningu. Ograłem sobie logistykę, czas dojazdu, okolicę i już we wtorek biegałem 5 km po parku zaraz po tym, jak „zdałem” młodego pod opiekę trenerów (bo to półkolonia sportowa na AWF – a jakże). Środa to i tak planowe wolne, w czwartek znów wpadło 5 km i... i dzisiaj zaspałem. Więc mamy wymuszony deload, zrobił się nam bilans jednostek 2:1 i co teraz? No właśnie nic.

Powrót do bazy i regeneracja

Od przyszłego tygodnia wracam do rozbudowy, ruszam z nowym programem FBW. Choć zima i obecny okres to teoretycznie czas i miejsce na bardziej asymetryczną pracę z hantlami, to coś mnie jednak nie puszcza w tym kierunku. Rozpisałem się tutaj wcześniej o tej okresowości i o tym, że warto się stymulować w różnych zakresach o różnych porach roku, ale jakoś brakuje mi tego czegoś, żeby się za to zabrać. Ze sztangą czuję się bezpiecznie. Akurat zostały 3 tygodnie pracy na podtrzymanie, a później wakacje, więc tam już będzie trenowane jak popadnie. I to w zasadzie wszystko – żadnych dram, żadnego weryfikowania i działania na przekór, bo to tylko generuje niepotrzebny stres, którego i tak mi już z innych źródeł nie brakuje.

Coś, o czym zupełnie miałem jeszcze do wczoraj w ramach tego wpisu nie wspominać, to fakt, że psychika na zmniejszonym obciążeniu (gdy wchodzi regeneracja) pracuje jednak trochę inaczej. Warto się wtedy wsłuchać w siebie i sprawdzić, czy gdzieś to wszystko nie jest przekomplikowane, przegięte. Różnorodność jest spoko, ale... ale nie w treningu. Naprawdę, będę tego bronił jak dzik.

Przeładowanie planu to czysty narzut marketingowy, i to w dodatku z social mediów. Nie z tych zwykłych mediów, gdzie reklamy bazujące na sporcie są proste jak drut – ktoś biega, pływa, jedzie na rowerze i to wszystko. Na Instagramie czy TikToku pokazują 17 modnych ćwiczeń na klatę w rolce, która trwa 15 sekund, co ma być jedyną słuszną drogą, a realnie tylko rozwala Ci korę przedczołową... To się nie sprawdza i to się nie dzieje w prawdziwym, skutecznym sporcie.

Więc zawsze, ale to zawsze, jak łapię się na przekombinowywaniu, zmienianiu ćwiczeń i dosypywaniu serii, to zatrzymuję się na chwilę. Badam, czy moja podstawowa zasada – ma być prosto i bez komplikacji – nie została naruszona. Jak rano muszę się zastanawiać, co ja właściwie mam do zrobienia na treningu, który... sam sobie wymyśliłem, to znaczy, że coś jest nie tak. Trochę tak się porobiło w ostatnich tygodniach, a dla obecnej fazy to jest bez sensu. Zupełnie.

Więc fajnie, że się zrestartowałem. Wracam do podstawowych założeń i do wakacji uda się zamknąć jeszcze jeden fajny makrocykl. Cel jest prosty: mieć na koniec do dyspozycji stabilne 20 km tygodniowo biegu, rozbite na 3 jednostki w biegu ciągłym. Wtedy będzie można pomyśleć o czymś więcej.